28 dni do zdrowia: podsumowanie

Tydzień temu zakończyłem wyzwanie z książki „28 dni do zdrowia”. Potrzebowałem troszkę czasu na przemyślenie tego podsumowania, co w nim ująć, dobrze przemyśleć wady i zalety, czy warto próbować, komu może się przydać taka odmiana żywienia.

Może zacznę od podsumowania swojego samopoczucia. Na pewno jest poprawa. I to duża. Jedzenie gęstych odżywczo produktów znacznie przyczyniło się do poprawy samopoczucia. Ilość witamin i mikroskładników zawartych w produktach roślinnych spożywanych w tak dużych ilościach dała o sobie znać. Mniejsze problemy ze wstawaniem, brak częstego u mnie zaspania porannego i szybszy skok na wyższe obroty jeszcze przed śniadaniem – po prostu więcej energii! Całemu wyzwaniu towarzyszył także uśmiech i zaangażowanie w potrawy, które przyrządzałem. Dzięki temu człowiek czuje, że ma kontrolę nad swoim zdrowiem i życiem. Wiąże się to dla mnie z tym, że dzięki odżywczemu jedzeniu nie miałem tak jak kiedyś napadów głodu, które często kończyły się zapychaniem fast foodami i słodyczami – co by dobić kaloryczność.

Kolejnym plusem, zauważalnym gołym okiem jest również spadek wagi. W ciągu 4 tygodni moja waga spadła z 87,2 kg do 81,3 kg – spadek 5,9 kg. Po prawie regularnych ćwiczeniach fizycznych w pierwszych 3 tygodniach, postanowiłem przeprowadzić mały eksperyment i zaniechać ćwiczeń w ciągu ostatniego tygodnia. Różnica była znaczna: waga już tak nie spadała spektakularnie. W samopoczuciu natomiast pojawił się element zastania. Dowodzi to tylko tego, że zdrowe życie to nie tylko pożywienie pełne wartości odżywczych ale także regularny ruch. Dzięki temu do każdej komórki naszego ciała lepiej doprowadzane są składniki odżywcze, ciało jest lepiej dotlenione, lepiej pracuje. Dobrze odżywione ciało to lepiej pracujący umysł. Czyli jak mówi stare przysłowie „W zdrowym ciele zdrowy duch”!

Wady? A może jednak zalety?

W trakcie tych 28 dni pojawiły się również inne wyzwania, związane z codziennością i życiem towarzyskim. Wadą dla niektórych osób mogą być problemy z jedzeniem na mieście, wypadami towarzyskimi czy imprezami zorganizowanymi. Moim zdaniem najlepsze są dwie strategie i to od nas zależy co wybierzemy i na czym nam zależy.

Pierwsza strategia

Pierwszą z nich jest ścisłe trzymanie się diety. Zauważmy, że jest to problem każdej osoby odchudzającej się, mającej ułożony jadłospis i trzymającej się sztywno godzin posiłków. Coś takiego naprawdę może demotywować. Tym bardziej, że dla mnie dieta to po prostu nasz codzienny sposób żywienia, trwała zmiana naszych nawyków a nie chwilowe od nich odstępstwo do momentu osiągnięcia wymarzonej sylwetki. Takie sztywne trzymanie się reguł i noszenie ze sobą pojemników na imprezy i spotkania towarzyskie może z początku okazać się potrzebne, jednak na dłuższą metę z pewnością staje się uciążliwe. Jeśli chodzi o posiłki do pracy, to temat jest trochę inny niż branie pojemników z jedzeniem do baru bądź restauracji.

Druga strategia

Drugą strategią, którą postanowiłem po przemyśleniach zacząć stosować u siebie jest danie sobie pewnej swobody i wewnętrzna zgoda na pewne odstępstwa. O wiele prościej jest znaleźć w menu restauracyjnym czy potrawach podawanych na imprezach dania wegetariańskie niż ściśle roślinne. Niewielka ilość sera spożyta od czasu do czasu pod postacią wegetariańskiej wersji pizzy ze znajomymi, czy sałatki na imprezach pozwalają nam w towarzystwie nieco bardziej się wyluzować. To także pozytywnie wzmacnia nasz obraz jako osoby wege wśród towarzystwa.

Innym tematem jest brak szacunku wobec naszych wyborów żywieniowych – ale nie ma się o co obrażać. Narzucając swoje wartości na siłę innym ludziom nie  jesteśmy wcale lepsi od mięsożerców wciskających nam mięso! Nie każdy jest gotowy na tak dalekie idące w życiu zmiany na zostanie wege. Uważam jednak, że każdy może spróbować zostać wege na 28 dni i zobaczyć  jak się człowiek wtedy czuje. Nie ma dla mnie gorszego sposobu krzywdzenia samego siebie, jak uważanie, że jest się za starym na jakiekolwiek zmiany w swoim życiu i naukę nowych, ciekawych rzeczy.

Tak naprawdę największą wadą jest nasz brak chęci zmiany i poznania czegoś innego, ciekawego. Wszystkim wydaje się, że dieta roślinna wymaga zachodu w kuchni, godzin spędzonych na namaczaniu, przy garach oraz tym, że bez mięsa w diecie „nie pojemy” i będziemy głodni. W książce „28 dni do zdrowia” okazuje się, że jest zupełnie odwrotnie. Przyznam, że o wiele ciężej jest upiec dobry kawałek mięsa czy roladę niż upichcić coś roślinnego.

Dla kogo?

Zgodnie z WHO dieta wegetariańska i ścisła dieta roślinna są dobre dla każdego, w każdym etapie życia. Chronią nas przed chorobami cywilizacyjnymi: otyłością, chorobami serca i układu krążenia, nowotworami. Warunkiem jest oczywiście dieta różnorodna, odpowiednio zbilansowana i oparta o produkty nieprzetworzone. W innym przypadku osoby wege również mogą zmagać się z otyłością. Czekolady mleczne, frytki, cola czy inne przetworzone produkty pomimo tego, że są wegetariańskie, nie mają wiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem. Dlatego uważam, że każdy z nas może spróbować zawalczyć o swoje zdrowie. Należy jednak pamiętać, aby regularnie badać krew pod kątem mikroelementów i witaminy B12. Szczególnym bodźcem do zmian mogą być już wyraźne symptomy chorób i zamiast zaleczać objawy, może warto spróbować zmienić podejście do naszego ciała i jedzenia?

Mając przed sobą prawdziwy przewodnik jak od podstaw zostać roślinożercą, śmiało polecam go każdemu, kto chce zwiększyć swoją świadomość z zakresu żywienia, mieć większa kontrolę nad swoim zdrowiem i tym co wkładamy do garnka. Książka ta pomogła mi skutecznie wrócić na dietę roślinną, dodała do menu wiele prostych i bardzo smacznych przepisów.

Koszty

Jednym z mitów powtarzanym  w ogóle społeczeństwa jest  niejaki „fakt”, że dieta wegańska/roślinna jest dietą drogą. O ile nie kupujemy drogich, przetworzonych produktów sojowych (np. kiełbaski, jogurty, pasztety itp.) to dieta roślinna jest wyjątkowo.. tania. W moim przypadku najdroższymi elementami jadłospisu były.. orzechy i syrop klonowy. Można się pokusić jeszcze o mleko roślinne czy tofu – te produkty starałem się kupować poprzez wypośrodkowanie ceny i smaku. 2 mleka roślinne i 2 kostki tofu na tydzień  nie stanowiły jakiś dużych kosztów, chociaż cena na etykietce mogła odstraszać. Podobnie ma się sprawa z syropem klonowym, który wystarczał na długo. Wracając do orzechów, to paczka 150 g wystarczała mi na 1- 1,5 tygodnia. Podsumowując koszty tygodniowe na osobę na jedzenie przeznaczałem 100-130 zł. Planując jadłospis z głową, tak aby wykorzystać jak najwięcej produktów sezonowych i wykorzystując potrawy z poprzednich dni na jedzenie dla osoby wydałem 400-500 zł na miesiąc. Udało mi się dzięki temu sporo zaoszczędzić, gdyż jedząc niezbyt zdrowo zgodnie ze standardową dietą polską i wypadami na miasto koszt jedzenia na osobę potrafił się zamknąć w 800 zł. Wiem, że można powyższe kwoty jeszcze obniżyć robiąc np. mleka domowe czy zamiast puszek namaczać strączki.

Podsumowanie

 Wyzwanie uznaję za ukończone z oceną pozytywną. Szereg zmian jakie nastąpiły w samopoczuciu i zdrowiu, kosztach jedzenia, smaku potraw zdecydowały, że pozostaję przy diecie roślinnej żyjąc aktywnie sportowo. Książkę i przedstawione w niej porady polecam każdemu, kto ma w sobie choć trochę chęci i siły aby poznać alternatywę na życie  nie tylko na miesiąc, ale także na całe przyszłe lata.

Leave a Reply